Druga edycja BitterSweet Festival

BitterSweet Festival w tym roku naprawdę słodko-gorzki. Ale muzycznie - jesteśmy w siódmym niebie [RELACJA]

Źródło zdjęć: © BitterSweet Festival, Good Taste Production
Maja KozłowskaMaja Kozłowska,14.08.2026 12:22

BitterSweet Festival w rok stał się moim ulubionym muzycznym festiwalem. Później - po roku - ta opinia została poddana solidnej próbie. Wydarzenie boryka się z organizacyjnymi problemami, aczkolwiek muzycznie dowozi na tip-top. Na ten moment: BitterSweet wciąż ma u mnie kredyt zaufania.

Jestem słodka, daję niebo. Jestem gorzka, daję piekło. BitterSweet powinien mieć swój hymn i powinien nim być - ten idealnie nostalgiczny hicior Blue Café. Bo chociaż sierpniowe upały dają w kość, bo niektórzy muszą przejechać pół Polski, a jeszcze inni stresują się, czy ich bilet odkupiony z drugiej ręki pozwoli im w ogóle wejść na imprezę, to widząc pikselowe logo na górce na Cytadeli, różowo-pomarańczowe foto-spoty i ludzi w kowbojkach, cekinach i brokacie, bardzo mocno uderza to najprzyjemniejsze na świecie uczucie: że jest się w domu.

Tak było - w zeszłym roku. Bo w tym, choć od pierwszego dnia muzycznie było pysznie i wyśmienicie (więcej na dole), tak okazało się, że klimatyczna Cytadela rodzi problemy, których niestety nie rozwiązuje ruch jednostronny. Na parkowym terenie upchnięto zdecydowanie zbyt wielu ludzi. I tak - było to nie tylko problemem (w przemieszczaniu się między scenami, złapaniu czegoś do jedzenia czy nawet skorzystaniu z toalety), ale również dyskomfortem psychicznym. Przykro to mówić, ponieważ BitterSweet, który od razu awansował do topki polskich festiwali i skutecznie walczył z dotychczasowym monopolistą, niestety zaliczył poważną wtopę, goniąc mainstream.

Ja: nadal kibicuję. Nadal trzymam kciuki. Nadal uważam, że BitterSweet ma ogromny potencjał i życzę mu wzrostu i rozrostu i pięknej ekspansji. Niech tylko organizatorzy utrzymają tendencję słuchania festiwalowiczów. Tak było przy oklaskach, tak było nawet przy sugestiach. Zobaczymy, czy tak będzie też przy krytyce.

BitterSweet Festival: W środę nosimy róż, a w czwartki słuchamy popu. Ale nie tylko!

Becky Hill i jej stos radiowych hiciorów była miłą rozgrzewką przed tym, na co festiwalowicze (ci najbardziej zdeterminowani już od południa) czekali najbardziej. Może i nie mój target, ale kto chciał, ten wytańczył się swoje, jeszcze zanim na dobre się zaczęło.

Zaskoczenie festiwalu - Charlie Jeer, który oprócz tego, że jest "Too Hot To Handle", to na dodatek potrafi grać i śpiewać. Ja wiem, że sporo osób (oparte na prywatnych doświadczeniach) nie przepada za saksofonem w konfiguracji innej niż "Careless Whisper" na karaoke, ale Brytyjczyk okazał się Alternatywą - nie tylko dla odwiedzenia strefy Lubelli czy piknikowania na trawie, ale Alternatywą per se, elegancką, subtelną, hipnotyzującą, klubową. Zaintrygował na tyle, że ludzie wybitnie bawili się do kawałków, których w ogóle nie znali, bo Charlie odważnie występował z numerami z nadchodzącej EP-ki.

Charlie Jeer - Her Eyes (Official Music Video)

Jessie J dała z kolei na maksa popowy i hiperpoprawny koncert, ale na dodatek z tym ludzkim sznytem, który sprawia, że muzyka na żywo jest wyjątkowa. Jessie jest totalną yapperką - między piosenkami buzia jej się nie zamykała, a kiedy śpiewała, jej głos niósł się jak dzwon. Miała naprawdę świetną chemię ze swoim bandem i z fanami - dwie dziewczyny z publiczności na pewno do końca życia zapamiętają moment, w którym śpiewały dla Jessie J na BitterSweet Festival. Było też sto lat!

Nie dziwię się też wcale, jak wiele osób kupiło bilet specjalnie dla Lorde - prosto z Nowej Zelandii. Jej show było dopracowane w każdym detalu, a jednocześnie wydawało się bardzo, ale to bardzo spontaniczne. Pełna produkcja, Lorde szalejąca na scenie, wijąca się, znakomicie współpracująca z kamerzystą – jej nie tylko miło się słuchało, ale również miło się oglądało. "Royals" rozbujało tłum na dobre – i szczerze, jestem fanem takich rozwiązań, żeby te największe, najbardziej "wyczekane" bangerki grać na początku. To dobry start i dowód, że artysta ma w rękawie o wiele więcej asów. I tak Lorde rozkręcała się z każdą kolejną piosenką, a okazało się, że oprócz tego, że buja hiciorami jak "Supercut" czy "Girl, so confusing" (najbardziej delulu festiwalowicze czekali pewnie na wejście Charli XCX), umie także zastopować publiczność, która naprawdę uważnie słucha – jak podczas "Liability". Występ Lorde był bardzo spektaklowy - już nie tylko koncert, ale i pomysł. "Ribs" zaśpiewane w towarzystwie fanów było wisienką na torcie i zakończyło jej show w fenomenalnym stylu.

Charli xcx - Girl, so confusing featuring lorde (official audio)

Urwane parę minut na marszowej orkiestrze techno Meute (tak, wiem, jak abstrakcyjnie to brzmi) nie dało mi czasu, by się nimi nacieszyć, jednak trzeba było dokonać wyboru: albo oni, albo Gorillaz. Pierwszy raz widziałam na żywo zespół Damona Albarna, od razu w pełnej krasie - bez chowania się za animowanymi avatarami. Gorillaz są w formie: i to dało się odczuć od pierwszego wejrzenia. Rozegrali ludzi, jak chcieli, bo trzeba mieć jaja, żeby koncert zacząć od instrumentala, który dowozi indyjski flecista Ajay Prasanna na tradycyjnym flecie bansuri. Zespół wystąpił w wydaniu na bogato: pełen skład, chórki, dużo instrumentów, animacje wyświetlane na telebimach (plus czy minus - nie zawsze było widać artystów, lecz można było śledzić "fabułę" koncertu). Czy ktoś w ogóle spodziewał się gościnki Joego Talbota z IDLES? Ja na pewno nie. I czy można rządzić sceną jak premier, a jednocześnie zapomnieć słów refrenu swojego najpopularniejszego utworu? Tak, Damon Albarn, patrzę na ciebie, bo dokładnie to stało się podczas "Feel Good Inc." Fani: wrzeszczą.

Gorillaz
Gorillaz (Maciej Chomik , BitterSweet Festival, Good Taste Production)
Co o tym myślisz?
  • emoji serduszko - liczba głosów: 0
  • emoji ogień - liczba głosów: 0
  • emoji uśmiech - liczba głosów: 0
  • emoji smutek - liczba głosów: 0
  • emoji złość - liczba głosów: 0
  • emoji kupka - liczba głosów: 0