BitterSweet Festival, dzień trzeci

BitterSweet Festival, dzień trzeci. Dobrze, że w Poznaniu jest zamek, bo przyjechał Król Rozrywki - Robbie Williams [RELACJA]

Źródło zdjęć: © BitterSweet Festival, Good Taste Production
Maja KozłowskaMaja Kozłowska,16.08.2026 11:11

BitterSweet trwa trzy dni i zleciał w mgnieniu oka. Po trudach dnia pierwszego, wzruszeniach dnia drugiego, nadszedł czas na finał, który nastąpił z głośnym BANG. I tak - zaostrzył apetyt na więcej.

Podczas ostatniego dnia BitterSweet Festival, tak jak Pan Jezus powiedział, niemal automatycznie załączyła się nostalgia za wydarzeniem, które jeszcze przecież się nie skończyło. Za tą górką, za tym parkiem, za Poznaniem - no i oczywiście za koncertami. Problemy z korkującymi się przejściami zostały połowicznie rozwiązane, więc dało się z festiwalu korzystać - choć ludzi był ogrom. Trzeci dzień również wywołał z lasu może nie wilka, ale pospolite ruszenie, ponieważ festiwalowicze byli wczoraj zdecydowanie bardziej mobilni niż fani Twenty One Pilots, którzy ucięli sporą część "zwiedzających", siedząc pod sceną.

BitterSweet Festival
BitterSweet Festival (BitterSweet Festival, Good Taste Production)

BitterSweet Festival: Robbie Williams dzwoni do mamy Kasi, czyli nic lepszego już nie zobaczycie

Upały nie sprzyjały i niestety pokonały mnie w drodze na Giant Rooks - niemiecki indie band, który podobno spisał się super (wierzę), a tym samym dał pretekst do wyczekiwania klubowego koncertu. Lampa na dworze była przepotężna, więc rozsądek i komfort wygrały tu z ciekawością; czy żałuję? Bardzo możliwe.

Sporo osób, które ostatniego dnia dotarły na festiwal bliżej wieczoru, wybrało chill w zacienionych strefach: te cieszyły się największą popularnością. Można było wnieść dwie butelki wody, oprócz tego było kilka punktów z dostępną świeżą wodą. Jednak można - choć polski festiwalowicz wcale nie jest do tego przyzwyczajony. W strefie Coca-Coli rozdawano też puszki za darmo, zatem dało się - wytrzymać do zachodu.

Giant Rooks - Slow Dance (For A Minute) [Official Video]

Z odległości obejrzałam kawałek koncertu Sobla, który w kilka lat przeszedł zaskakującą ewolucję od rapera mętnej reputacji (RIP występ w Ostródzie) do artysty konceptualnego. Na scenie dawał z siebie wszystko, w pełnym słońcu (i skórzanym outficie), a nawet kiedy potknął się na scenie i spadł - nie zatrzymało go to przed biciem tej życiówki. Jemu warto dać szansę na żywo, nawet jeśli ktoś myśli, że takie klimaty zupełnie go nie kręcą.

Sobel
Sobel (BitterSweet Festival, Good Taste Production)

Później na Main Stage grała Ciara. Historyczny moment - artystka pierwszy raz była w Polsce, a wcześniej długo nie koncertowała poza USA. Niemniej - moim zdaniem nie był to udany koncert. Flaga Polski od pierwszej piosenki - miło, ale co z tego, skoro piosenkarka przyjechała do nas z teledyskowym performansem, bez zespołu (był miksujący DJ), który dla mnie jest jednak priorytetem podczas show. Chcę tej muzyki na żywo. Każdy ma swoje; półplayback pobujał publikę: widziałem, że ludzie naprawdę się bawili i bardzo dobrze. Zgadzamy się, że się nie zgadzamy. Ja tysiąc razy bardziej wolałbym oglądać Ciarę i jej band niż fikające tancerki - choć trzeba im oddać, że były świetne. Każda z nich dostała też swoje "pięć minut", co jest bardzo ładną praktyką dzielenia się spotlightem ze swoją ekipą.

Daniem głównym tego wieczoru był za to Robbie F*king Williams, który zaprezentował się niemal identycznie jak podczas swego zeszłorocznego koncertu w Krakowie. Byłem tam. Byłem tu. I za tym drugim razem bawiłem się równie dobrze, co na jego własnym, headlinerskim show, choć tym razem publika wokół (piąty rząd!) zdawała się jakby... drętwa. Robbie jest doskonałym showmanem, tym też był jego występ, czyli nawet nie koncertem per se, a show, widowiskiem, pokazem. Jeśli komuś brakowało śpiewu - Williams dobitnie zaznaczył, że przybył do Poznania jako trefniś - aby zabawić publiczność. I swoje zadanie spełnił od A do Z, grając pełny przekrój swoich hitów: od "Let Me Entertain You" (ależ bardzo proszę) przez "Rock DJ" (słyszałem wspominki dotyczące oglądania tego teledysku w młodości), a nawet "Relight My Fire" Take That. W Polsce oczywiście nie mogło zabraknąć "Supreme", które było ogromnym hiciorem za sprawą serialu "Londyńczycy" (ta ikoniczna czołówka!!), a "Feel" i "Angeles" na samym końcu były po prostu magiczne. Podczas tego koncertu wydarzyło się wszystko: Brytyjczyk zdradził, kto z czwórki dzieci jest jego ulubionym, rozpoznał fana z Polski, z którym przespał się w latach 90. (hejka Tomek!), a nawet zadzwonił do mamy jednej z fanek, żeby zaśpiewać jej na kamerce "She's The One", co było absolutnie najsłodszym momentem całego BitterSweet Festivalu. Kiedy pani Kasia opowie o tym swoim koleżankom - żadna jej nie uwierzy! Koncert Robbiego przede wszystkim był rozrywkowy. Odrobinę okrojony, wiadomo, festiwale rządzą się swoimi prawami, lecz ja absolutnie rozumiem, dlaczego Williams twardo trzyma się swojego stand-upu, czego efektem są skrócone wersje niektórych piosenek (np. "Candy", "Sexed Up"). I tak, pokłonię się przed Królem Rozrywki; daję mu swoje pełne przyzwolenie na przejęcie tytułu P.T. Barnuma. Zasłużył.

Robbie Williams - Rock DJ

Major Lazer na zamknięcie Main Stage dali radę ponieść publikę, ale to znowu nie była moja para kaloszy - choć zaproszenie na scenę MrPolska, mocne, nie powiem, że nie. Za to Faithless - to moje największe festiwalowe zaskoczenie, a koncert łatwo ląduje w czołówce ulubionych na BitterSweet Festival 2026. Brytyjski zespół zagrał po prostu magicznie, impulsywnie, orientalnie. Ich występ był po prostu spicy. Zakończenie z gatunku offowych, nieoczywistych, takich, które zostają na dłużej. I cyk: kolejny band, który wypada, nie, trzeba - zobaczyć później w klubie ląduje na liście.

Festiwal finiszował specjalnym projektem BITTER Chopin, SWEET Chopin z udziałem Bass Astrala, Zitong Wang, zwyciężczyni Konkursu Chopinowskiego, oraz muzyków Filharmonii Poznańskiej pod batutą Łukasza Borowicza. Łezka w oku się zakręciła, siedząc na trawce i słuchając, co Polak potrafi - a co wybitnie przełożyła "na dziś" chińska pianistka. Szkoda, że tak późno, lecz jeśli szukamy odpowiedzi na pytanie, czy na muzykę klasyczną jest miejsce na mainstreamowym festiwalu, to tak, jest.

BitterSweet Festival 2026 - było bardzo miło. Mam nadzieję, że do przyszłego roku!

Co o tym myślisz?
  • emoji serduszko - liczba głosów: 0
  • emoji ogień - liczba głosów: 0
  • emoji uśmiech - liczba głosów: 0
  • emoji smutek - liczba głosów: 0
  • emoji złość - liczba głosów: 0
  • emoji kupka - liczba głosów: 0
Mam wpływ! - Vibez