Do tańca i do różańca, czyli drugi dzień BitterSweet Festival. Było (NAJ)LEPIEJ [RELACJA]
Drugi dzień BitterSweet Festival zapowiadał się jeszcze gęstszy od pierwszego. Najszybciej zaliczył sold out, więc świeżo po zderzeniu z rzeczywistością, a więc tłumami na poznańskiej Cytadeli, obawy były - i to spore. Niespodziewanie: potrzeba komfortu poprawiła się na zielono, a festiwalowicze muzycznie mogli poczuć się dopieszczeni jak nigdy.
Bardzo to miłe - kiedy organizator wydarzeń słucha. Tak więc po wpadkach organizacyjnych dnia pierwszego BitterSweet Festival stara się i robi, co może, aby zatrzeć jednak to słodko-gorzkie wrażenie ze swojej inauguracji.
Podobne
- Nie jestem fanką sanah i po koncercie też nią nie zostanę. Było super [RELACJA]
- BitterSweet Festival w tym roku naprawdę słodko-gorzki. Ale muzycznie - jesteśmy w siódmym niebie [RELACJA]
- Zlot łysoli w Krakowie? Nie, to tylko koncert Pitbulla [RELACJA]
- Open'er Festival 2025 ogłasza nowych artystów. Na pierwszy ogień: popowy fire
- Post Malone na BitterSweet Festival! To nie koniec MOCNYCH ogłoszeń
W porównaniu z pierwszą edycją, BitterSweet stracił na klimacie, czego przyczyną była zbyt wielka liczba ludzi skupionych na urokliwym, lecz również ograniczonym terenie poznańskiej Cytadeli. Wąskie gardła w przejściach tworzyły się nadal - mimo wprowadzonego ruchu jednostronnego. Brakowało sanitariatów, kolejki po jedzenie i do toalet ciągnęły się na kilkadziesiąt minut stania, samo przejście między scenami zajmowało stanowczo zbyt wiele czasu, a ludzie gubili się na nieoznakowanych ścieżkach.
To były czwartkowe zarzuty, którym organizator transparentnie wyszedł naprzeciw. W piątek pojawiły się drogowskazy, a pracownicy sprawnie kierowali ruchem i po parkowych alejkach dało się poruszać normalnie - bez stania w korku. Było również wyraźnie więcej toalet, a na oficjalnych kanałach BitterSweet pojawiły się odpowiedzi na negatywne komentarze oraz wyraźny komunikat, że feedback jest słyszany. I niby to jest bare minimum - lecz fakty są takie, że inni organizatorzy w reakcji na krytykę, przyzwyczaili raczej internautów do blokowania kont lub usuwania komentarzy. BitterSweet would never. Drugi dzień festiwalu był zatem znacznie przyjemniejszy i wydawało się (dziwne), że ludzi jest jakby mniej - a przynajmniej, że nie są tak skoncentrowani. Po widoku z góry na koncert Twenty One Pilots trudno byłoby uwierzyć w niższą frekwencję (pierwszy dzień z sold outem!), ale cokolwiek organizatorzy zrobili, zadziałało.
BitterSweet Festival, dzień drugi. Wyspiarski showcase, brytyjska dominacja i 21 pilotów
Jeśli pierwszy dzień BitterSweeta był pyszny, to drugi był pyszniejszy. Dla mnie - dużo pierwszych razy, na początku z nowozelandzkim bandem Leisure, którego gra jest jeden do jeden tłumaczeniem jego nazwy. Audio bywają czasami nawet nieco nudnawe, lecz na żywo ich funkowo-soulowe-electro buja skutecznie. Do tego stopnia, że chce się ich porównać do mieszanki Jungle i Balthazara. Naturalnie charyzma, dużo wokalu (wszyscy tam rozśpiewani), instrumentów i tego psychodelicznego sznytu, sprawiły, że łatwo było wychillować, a jeszcze łatwiej było mieć ochotę na więcej.
LEISURE - Slipping Away (Official Audio)
Rita Ora zagrała koncert. Obiektywnie - dobry koncert. Ma i wokal i prezencję i świetny kontakt z fanami. Moim zdaniem - ma też piosenki odrobinę na jedno kopyto, więc po trzech trochę mnie nudziła (w przeciwieństwie do Jessie J), natomiast fani się bawili, publika pod sceną była rozbujana, a chyba o to chodzi, tak?
Drugiego dnia na BitterSweet interesujących koncertów było jak grzybów po deszczu, więc trzeba było skakać i dokonywać wyborów. Urwałem chwilę, żeby usłyszeć Cheta Fakera, który przyjechał do Poznania ze swoimi balladami, a także z bandem i saksofonistą (saksofon serio ostatnio przeżywa renesans). Załapałam się akurat na "Drop the Game" i "No Diggity", która w moim wyobrażeniu jest już bardziej zrośnięta z nim niż z Blackstreet. Nastąpił tu jednak mały problem, bo choć Chet Faker brzmiał doskonale, to jakoś nie porwał sceniczną prezencją. No ale później grał Tom Odell.
I o rajuśku, co to był za koncert. Pozamiatane, nie ma czego zbierać. Płakałem z pięć razy, z czego dwa razy na drugiej piosence - fenomenalnym "Don't Let Me Go". Ktoś powie, że chłop z fortepianem i balladami, które powodują myśli na literę "s" to nie jest dobry festiwalowy wybór, ale ja powiem - a wcale że jest. I kto będzie mieć rację? Tom na BitterSweet Festival zaserwował autorski słodko-gorzki koktajl emocjonalny, który słuchacza miał staranować, wdeptać w ziemię, przeżuć i wypluć - a on później powinien pięknie za to podziękować. Brytyjczyk zapełniał scenę tylko swoim głosem i pianinem, natomiast w opakowaniu z całym zespołem jego ballady brzmiały po prostu przepotężnie. Jego wokal drgał, ludziom wokół drgały serca, bo obok tego - po prostu nie da się przejść obojętnie. Z przykrością uciekłem z koncertu przed końcem - żeby zdążyć na Parcels, ale jeszcze przed "Black Friday" dostałem odpowiedź, że jeśli muzyka, to właśnie po to.
Tom Odell - Black Friday (Official Music Video)
Parcels z kolei pokazali, że muzyka jest fajna. Że muzyka to fun, a fun to muzyka. Kolektyw z Australii (czy możemy mówić o drugim dniu BitterSweetu jako o showcasie australijsko-nowozelandzkiej muzyki? Brakowałoby nam jeszcze headlinera (Tame Impala, 5 Seconds Of Summer, Nick Cave, RÜFÜS DU SOL?, ale totalnie do wyklepania) po prostu dał czadu. Każda sekunda ich koncertu to było święto, a trafiła się również publiczność wybitna, skłonna do skakania nie tylko na "tobeloved" czy "tieduprightnow", ale też na niesinglowych numerach. Parcels dowieźli to, co najbardziej lubię w koncertach - czyli appreciation moment dla muzyki samej w sobie, która w wykonaniu Australijczyków dostała ogrom poklasku. Życzę sobie (i wszystkim innym) szybkiego ich powrotu do Polski - najlepiej do klubów. (Na koniec: bardzo ładnie wybrzmiał "Nightcall" w ramach hołdu dla Kavinsky'ego. Publika również wiedziała, co jest pięć).
Parcels - Tieduprightnow (Official Music Video)
Twenty One Pilots zagrali za to koncert godny headlinera - i choć to nie moja bajka, mogę zrozumieć tłumy, które ściągnęły do Poznania specjalnie dla amerykańskiego duetu. Josh i Tyler wiedzą, jak robić show i wiedzą, dla kogo to robią. Pan Dun grający na perkusji na wysokości kilkudziesięciu metrów, pan Joseph śpiewający na podeście trzymanym przez fanów, tam nie trzeba fajerwerków. Miłośnicy Pilotów na sto procent poczuli się dopieszczeni, a ci, którzy przyszli ich posłuchać - usatysfakcjonowani tak z największych hitów ("Stressed Out", "Jampsuit czy" Ride" zaśpiewanego razem z ochroniarzem Kornelem ((co??)), jak i z coverów znanych i lubianych ("Seven Nation Army" czy" Stolen Dance"). Warto zobaczyć, nawet, jeśli na co dzień się nie słucha i przekonać się na własnej skórze, jak dwóch gości robi robotę za cały zespół.
Pierwszy dzień BitterSweet był ciężki. Drugi był wybitny.
W temacie koncerty
- BitterSweet Festival w tym roku naprawdę słodko-gorzki. Ale muzycznie - jesteśmy w siódmym niebie [RELACJA]
- TOP 5 koncertów na Open'er Festivalu. Wielkość nazwisk na plakacie nie zawsze ma znaczenie? [RECENZJA]
- Czy opłaca się kupować bilety VIP? Prosta girl math [VIBEZ IN LINE]
- Fear Factory, Devin Townsend, Black Stone Cherry i Mammoth już wkrótce wystąpią w Polsce. Jesteście na to gotowi?





