Arek Kłusowski w singlu "Bingo" buntuje się przeciwko presji idealnego wizerunku. "Chciałem, żeby wszyscy ludzie mnie lubili" [WYWIAD]
Arek Kłusowski debiutuje już po raz czwarty (?) najnowszym singlem "Bingo", który jest równocześnie zapowiedzią jego nadchodzącej płyty. Zarówno piosenka, jak i klip, w którym wystąpili Gosia Andrzejewicz i Michał Marszał, są zarazem metakomentarzem na temat popularności, konsumpcjonizmu. W rozmowie z Vibez Arek Kłusowski opowiedział, że ma ambicje, by jego muzyka stała się mainstreamowa, o tym, że, wydając album, stał się "handlowcem od fotowoltaiki", a także zdradził swój ulubiony smaczek w teledysku do "Bingo". Przeczytajcie całą rozmowę!
Arek Kłusowski po krótkiej nieobecności atakuje polską scenę muzyczną - z propozycją popową i przewrotną, rockową i ironiczną, retro, a jednak odnoszącą się do współczesnego świata.
Podobne
- Marcin Maciejczak: "chcę pokazać moją bezczelną twarz" [WYWIAD]
- Olly Alexander: "to naprawdę trudne, żeby kochać siebie" [WYWIAD]
- Czy opłaca się kupować bilety VIP? Prosta girl math [VIBEZ IN LINE]
- Fagata zaczepia Young Leosię? Poleciały strzały w "MAMA MÓWIŁA"
- Cameraboy zapowiada romantyczny singiel. Utwór wyjdzie w urodziny Nikity
W singlu "Bingo" artysta rozprawia się z presją wizerunku, konsumpcjonizmem i byciem upychanym w sztywne etykietki. Piosenkę wspiera klip, w którym jako magazynier wystąpił Michał Marszał, a jako urocza gospodyni telezakupów – Gosia Andrzejewicz. Czujni widzowie wypatrzą tam także Lagoonę Aqua Pussy oraz znajdą od groma popkulturowych odniesień - a to do "Toy Story" wydaje się bardziej niż na miejscu.
Arek swoją nową erę rozpoczął od "Binga" i po tej piosence ewidentnie widać, że nadchodzące nowości będą elementem czegoś znacznie większego. Singiel jest zapowiedzią nowego albumu Arka Kłusowskiego, a cała płyta ukaże się wiosną 2027 r. W oczekiwaniu na premierę - przeczytajcie wywiad z artystą!
Arek Kłusowski - BINGO
Maja Kozłowska: - "Bingo" brzmi jak nowe otwarcie. Ile razy można debiutować?
Arek Kłusowski: - Oby jak najwięcej, bo każdemu debiutowi towarzyszą duże emocje i wielka ekscytacja, to nowe rozdanie i motywacja do działania. Każdy z nas ciągle się zmienia, ja również, i te zmiany słychać na każdym albumie. Nie chcę, żeby słuchacze oceniali mnie przez pryzmat jednej piosenki - a najgorzej, gdyby był to utwór "Najsmutniejszy człowiek świata".
Oczywiście można pójść na skróty i zastosować patenty, dzięki którym utwór szybko przeszedłby badania w komercyjnych radiach. Wystarczy pogadać z kolegami producentami, którzy trzaskają hity. Ale to nie jest moja droga. Moim celem nie jest stać się wielką gwiazdą dzięki jednej piosence, tylko sprawić, żeby muzyka, którą sam tworzę, stała się mainstreamowa.
- Czujesz się autentyczny?
- Moje piosenki na pewno były moje. I sorry, ale pop, disco i kiczowata blond fryzura też były moim pomysłem. Taki był zamysł, może dobrze nie wyszło. Nie zawsze byłem sobą w zderzeniu z różnymi sytuacjami życiowymi, bo jestem bardzo zakompleksionym kolesiem. W stresujących sytuacjach często stosowałem "patent klauna": nerwowy śmiech, zabawianie innych. Często też otaczałem się ludźmi, którzy pouczali mnie, co robić, żeby na mieście mówili o mnie dobrze. Teraz wiem, że najlepszy PR to autentyczność.
Nie mam telewizyjnej urody, mam zwykłą bitch face i w dodatku ubieram się ekstrawagancko. Pamiętam, że w szkolnych czasach, kiedy szedłem na łowy do lumpeksu, mogłem kupić super rzeczy, których nikt nie miał, bo nikt też by ich nie kupił ani nie założył. Nie słuchałem intuicji, bałem się oceny innych i robiłem najgłupszą rzecz na świecie: chciałem, żeby wszyscy ludzie mnie lubili. Nie chciałem wyjść na nieskromnego ani na głupiego i przez to zapomniałem, kim w ogóle jestem. Osoby, którym ufałem, w białych rękawiczkach próbowały zmienić mój charakter. Do tego nawiązuje okładka singla "Bingo".
- A uważasz, że jesteś konsumpcjonistą? Jest jakiś trend, któremu uległeś?
Oczywiście, że tak. Nie da się od tego uciec i nie chcę wyjść na hipokrytę. Na pewno uległem apce Biedronki i potrząsaniu telefonem, żeby dostać ofertę, która jest tylko dla mnie. Czuję się wtedy mega wyjątkowo. Przez ostatnie dwa lata nie grałem żadnych koncertów, więc poza różnymi zajęciami, które wykonywałem, wcieliłem się też w rolę influencera. Słyszałem, że ludzie mają ze mnie bekę, bo promuję ciuszki, ale musiałem się z czegoś utrzymać, a przy okazji zbierałem kasę na płytę i klipy.
Nadal jestem w procesie zbierania pieniędzy, bo płytę wydaję niezależnie. Wiąże się to z tym, że Arek Kłusowski jako prezes przedsiębiorstwa codziennie przez kilka godzin robi prezentacje, jest przedstawicielem handlowym i niczym handlowiec od fotowoltaiki wydzwania do ludzi, proponując im współpracę. Staram się pozyskać nowych mecenasów, czyli marki i firmy, które mi pomogą. Mam też wspaniałego wspólnika, mojego menedżera Marcina. To jedyna osoba, która w trudnym dla mnie momencie wyciągnęła do mnie rękę i pomogła mi bezinteresownie. Myślę, że jesteśmy dobrym duetem. Wierzę w nas i są już tego efekty.
- Żałujesz czegoś, co zrobiłeś dla kariery?
- Żałuję wielu rzeczy, które zrobiłem, może bardziej "w ramach kariery", ale udało mi się pozbyć się rozmyślania: "co by było, gdyby". W danym momencie postąpiłem w dany sposób, bo tylko tak umiałem. Uczę się na błędach innych, ale głównie na swoich. Żałuję udzielania się politycznie. Więcej tego nie zrobię, bo po pierwsze byłem zbyt łatwowierny, a po drugie nie mam prawa narzucać ludziom własnego zdania i uważać, że jest ważniejsze od czyjegoś. Żałuję, że uwierzyłem, że jestem do niczego i czyjeś słowa stały się moimi myślami. Nigdy więcej nie zrobię niczego wbrew intuicji i temu, co czuję w środku. To dziwne uczucie zawsze było sygnałem ostrzegawczym, a ja je bagatelizowałem.
- W klipie do "Bingo" występuje Michał Marszał jako pracownik magazynu i Gosia Andrzejewicz jako hostka Telezakupów. Od razu pomyślałeś o nich w tych rolach?
- Tak, od razu. Nowy album, który wyjdzie, będzie łączył ludzi mających wpływ na otaczającą nas popkulturę. Michał Marszał wprowadził czarny humor i ironię do mainstreamu, a Gosię ten mainstream brutalnie potraktował. Kuba Józefowicz, reżyser "Bingo", bardzo smacznie to przedstawił. W ogóle uważam, że praca z Kubą to jedna z najfajniejszych przygód w moim życiu. Notabene jakieś 11 lat temu pracowałem z jego ojcem przy spektaklu w reżyserii Mariana Opani, właśnie w Buffo. Mega śmieszna historia.
- W teledysku jest sporo easter eggów. Jaki jest twój ulubiony?
- Polecam szczególnie moment, w którym leżę wśród śmieci i - UWAGA! - JESTEM TAM BEZ ŻADNYCH UBRAŃ! BEZ NICZEGO!!! (śmiech).
Jestem śmieszkiem, uwielbiam pranki i trollowanie. Chciałbym, żeby dzięki mojej obecności w mediach ludziom było po prostu miło. W moim życiu było pełno mroku i trudnych emocji, dlatego chcę dawać słuchaczom radość. Patrzę przez różowe okulary i zapraszam do różowego świata. Stąd właśnie pomysł na ten kolor w komunikacji albumu.
- Muszę o to zapytać, więc... dlaczego AI? Czy twoim zdaniem jest granica, kiedy można, a kiedy nie można używać sztucznej inteligencji w sztuce?
- Akurat w naszym przypadku 90 proc. klipu było realizowane normalnie. Mieliśmy cztery dni zdjęciowe. Wrzucę backstage do social mediów, żebyście wiedzieli, że mówię prawdę. Wisiałem na linach!
To był klip robiony niezależnie przez cztery osoby: produkcja to ja i mój menedżer Marcin, reżyseria i mnóstwo innych rzeczy to Kuba Józefowicz, a zdjęcia to Grzesiek Adach. Z AI skorzystaliśmy przy rzeczach, które trzeba by było dograć na green screenie, albo np. żeby wstawić kilkanaście moich klonów. Naprawdę w minimalnym zakresie. Nie jestem fanem chamskiego AI, ale jeśli mam do wyboru zapłacić więcej ludziom albo skorzystać z opcji, która jest już praktycznie wszędzie stosowana, to czemu nie? Jestem bardzo ostrożny w mojej relacji z AI.
- Twoje muzyczne bingo na nadchodzący rok?





